Dżentelmen w Moskwie

Nawet w Moskwie można spotkać dżentelmenów. Może już nie tak wielu jak przed 120 laty, ale każde dobre miasto powinno mieć chociaż jednego, zwłaszcza w nieciekawych czasach. Dostałem od Znak Literanova książkę „Dżentelmen w Moskwie” i miło ucieszyłem się jej grubością. Przedwcześnie, bo czytało się ją za szybko. W zamian były inne miłe zaskoczenia, bo nie tylko szybko, ale także dobrze się ją czytało. Idealna sierpniowa lektura, bo nie jest to  głupie czytadło bez większego sensu i z przewidywalną treścią. To książka na tyle lekka, że wywołuje uśmiech zarówno w czasie czytania jak i po zamknięciu ostatniej strony oraz na tyle ciężka, że nie ulatuje z głowy po jednym dniu. Dodałbym, że na tyle ciężka że jej dobre fragmenty i „złote myśli” nie wydają się pustymi słowami.

Hrabia Aleksander zostaje skazany na areszt domowy w najlepszym hotelu Ros… Związku Radzieckiego (pyszny początek fabuły!). No tak, nie ma już dawnej Rosji, nie ma już hrabiów, książąt, carów. Oprócz tego jednego hrabiego, który ocalał od kuli dziwnym zrządzeniem losu. Nie ma już dawnego świata, nastał świat nowy, świat ludzi równych, świat postępu i pracy, świat kolektywizacji, świat bez kułaków i wyzyskiwaczy ludu pracującego, a tak naprawdę świat, który starą hierarchię zastąpił nową. Ale co dzieje się z hrabią? Po przeczytaniu opisu na ostatniej stronie okładki spodziewałem się Robinsona Cruzoe mieszkającego w Moskwie Bułkhakowa. Czy mogło by być cudowniejsze połączenie? Amor Towles piszę tę historię zaskakująco inaczej, tak oszczędnie, że już w połowie przeczuwałem, że książka ta powinna być dwa razy grubsza, żeby spełnić wszystkie moje zachcianki. Aleksander Rostow nie zachowuje się jak Robinson, nie walczy o przetrwanie na ludnej wyspie wspaniałego hotelu Metropol. Robi coś na co niewielu by się zdobyło: żyje nadal tak jak został wychowany, bez pałacu i bez przywilejów pozostaje wzorem dla każdego kto spotka go na drodze. Prawie dla każdego. Więcej nie zdradzę, przeczytajcie, zwłaszcza póki trwa lato, bo to świetna lektura na łono przyrody. Napisana przyjemnym językiem, przetykanym (nie za gęsto, żeby nie wzbudzić irytacji) bardzo mocnymi zdaniami i (nawet za rzadko!) dowcipnymi uwagami.

Uwaga! Внимание! Podczas czytania miejcie pod ręką smakołyki lub chociaż prozaiczne (bo to proza) kanapki, bo nie brakuje w niej cudnych opisów smakowitości (choć to Rosja Radziecka, to w końcu jesteśmy w najlepszym w tej Rosji hotelu), więc ślinka leci co kilka stron.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Here comes the sun

Nie wysłałem opowiadania na Międzynarodowy Festiwal Opowiadania 2016, więc aby się nie „zmarnowało” wklejam je tutaj. Wymaga jeszcze nieco pracy, ale ponieważ było pisane na MFO, więc pewnie do niego już nie wrócę. Pozdrowienia dla laureatów.

Podszedł do mnie zupełnie pijany i bełkotał, bełkotał, aż udało mu się wskoczyć na właściwe obroty i powiedział wyraźniej i prawie do rytmu: „Będzie to piosenka, ze słowami jak z ulicy.
Czytaj dalej

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Caramel

Nieczęsto spotyka mnie taka przyjemność jak książka, która zaskoczy mnie językiem. Pamiętam, że zaskoczył mnie (a większość zaskoczeń traktuję pozytywnie, jeśli nie są to zaskoczenia banałem, w miejscu gdzie banału nie oczekiwałem) Władca Pierścieni, zaskoczony byłem Ziemiomorzem, Paragrafem 22, Konwickim, Proustem, Joycem, Masłowską i innymi. Nie byłem zaskoczony Remarque’m, Woolf, Camusem bo dali mi taką przyjemność w sferze języka, jakiej się po nich spodziewałem. To banalne porównanie, ale każde zaskoczenie jest jak nowy smak, potrawa, której jeszcze nie próbowaliśmy. Lubimy smaki, które znamy i sprawiają nam one przyjemność, wracamy do nich na co dzień, ale od czasu do czasu próbujemy czegoś nowego i również daje nam to przyjemność.

Catton_Proba_m

Ktoś może powiedzieć, że przesadą jest stawianie Eleanor Catton w jednym rzędzie zaskoczeń językowych z wymienionymi wyżej, ale każdy ma własne poczucie smaku i smakują nam różne rzeczy. Próba była dla mnie nowością pod względem języka. Miała prawie wszystko to, co mogłem już znaleźć i zjeść u innych, ale pewna szczypta oryginalności dodała tej potrawie smaku, którego jeszcze nie próbowałem. Pożarłem ją w ciągu ostatnich dni, jadąc do i wracając z pracy. Nie przeszkadzało mi to, że mieszały mi się przez pół książki postacie uczennic, że zmiana (ale czy na pewno zmiana?) w postaci Stanleya odbyła się nagle i nie pasowała do tego jak go wcześniej nakreślono. Całość była uroczo skomponowana i w nienachlany sposób powtarzała znane, ale nigdy nie przestarzałe, twierdzenia o człowieku. Przeczytajcie Próbę, ja pewnie w tym roku sięgnę jeszcze po Wszystko, co lśni, bo lubię jeść grubo i tłusto.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

The Imperial March

Przestałem pisać. Nic wielkiego, bo i nic wielkiego nie pisałem. Na pisanie trzeba mieć czas i zupełnie własny kąt, taki w który ani kot, ani pies, ani Wi-Fi, ani żona nie wcisną się i nie zakłócą. Nie wiem dobrze czego nie zakłócą, ale nie i już. Miałem też teorię, ukradzioną nie pamiętam komu, że dobre pisanie wypływa z poczucia nieszczęścia. Czy mam się tu skarżyć, że moje poczucie nieszczęścia to odległe wspomnienie? Czy mam wzdychać do smutnych dni i bolesnych nocy, a przede wszystkim do wieczorów, tych ciemnych wieczorów przy świetle słabej lampki, kiedy dobrze mi się pisało, bo nie miałem nadziei na szczęśliwe zakończenia? Jestem bezmiernie szczęśliwy.
Nie przestałem czytać. Do czytania też warto mieć kąt, ale nie trzeba być nieszczęśliwym, mogą być i kot i pies i żona. Mogę z uśmiechem opowiadać okolicznym stworzeniom co lepsze fragmenty, przemilczać te głupie, zastanawiać się nad tymi, których nie rozumiem, albo nie chcę rozumieć (w opowiadaniu i rozumieniu mogę liczyć na J.). Czytanie sprawia mi przyjemność, bo przyciąga mnie do świata, trzyma przy ziemi, jak myśliwego, który w gęstej trawie obserwuje zwierzynę. Nie wie on co zrobi stado, czy się nie spłoszy, czy go nie zobaczy, czy nie rozejdzie się po łące, nie wie w którą stronę uciekną przed hukiem wystrzału. I ja nie wiem, ale obserwuję/czytam. I czuję ten sam dreszcz i tę samą niewiedzę; obserwuję i wiem niewiele więcej poza tym że nie chcę się podnosić z traw, chcę być przeciśnięty do ziemi i patrzeć.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rosssja

Anna Wojtacha

Rzadko się zdarza, że to co obiecuje opis książki na ostatniej stronie okładki, znajdziemy w treści. To jest ten przypadek. „Anna Wojtacha szuka ludzi w sytuacji ekstremalnej”. Szuka, ciągnie ją do nich i zapisuje ich historie. To nie jest książka-reportaż, to jest zapis spotkań z ludźmi w Rosji, a nie są to wyłącznie Rosjanie. Czytając te zapisy nie poznamy bliżej Rosji, ale może uda nam się trochę lepiej poznać Rosjan. „Zabijemy albo pokochamy” to książka, którą się świetnie czyta. Jest napisana potoczystym językiem i bez zbędnego – w przypadku reportaży i nie tylko – filozofowania i prób budowania wielkich narracji na temat napotkanych osób. Pojawiają się co prawda, nawet w ustach samych Rosjan, pojedyncze próby wyjaśnienia takiego czy innego postępowania, między innymi takie słowa posłużyły za tytuł całej książce, ale (na szczęście moim zdaniem) nie ma próby sztucznego podsumowania wszystkich obserwacji autorki. Jedyne co może drażnić i co powoduje pewien dyskomfort u czytelnika to niekiedy nachalne próby naprawiania przez autorkę sytuacji napotkanych osób. Jest to bardzo dalekie od klasycznego reportażu, ale jednocześnie nadaje całości książki pewnej bliskości i powieściowości. Po przeczytaniu całości doszedłem do wniosku, że wcale mi to nie przeszkadza.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Dom z witrażem

Żanna Słoniowska wie o czym pisze. Pisze o mieście sobie bliskim i bliskim także na pewno części Polaków. Nie dlatego, żeby wielu zostało pamiętających czasy polskiego Lwowa, ale dlatego, że sentyment za Kresami wciąż jest bardzo żywy i pamięć o nich jest przekazywana kolejnym pokoleniom. Młodzi ludzie nie planują zapewne odzyskiwania tego miasta dla Polski, ale chcą znaleźć jego ducha jadąc na Ukrainę. Znaleźć ducha wieloetnicznego miejsca na skraju Europy, które jednocześnie mogło być uważane za w pełni europejskie miasto mimo oddalenia od Paryża czy Rzymu.
Kiedy zamknąłem książkę po przeczytaniu ostatniej strony czułem się trochę oszukany. Trochę, bo obiecano mi coś czego autorce nie udało się zrealizować. Czy to chęć zachowania niewielkiej objętości tekstu, czy takie założenie stylistyczne, tego nie wiem, ale wiem, że książka powinna być co najmniej dwa razy dłuższa. Powieść pozostawia niedosyt jeśli chodzi o opis miasta i społeczności Lwowa, tak jak pozostawia niedosyt jeśli chodzi o same główne bohaterki. Przedstawicielki czterech pokoleń, bynajmniej nie jednego narodu, mieszkające pod jednym dachem w kamienicy z witrażem. Połączone dziwnymi więzami z miastem, z historią i z własnym przeznaczeniem. Jedne spełnione, inne nie, wszystkie pełne żalu i smutku, każda żyjąca w epoce, w której coś jest nie takie jakie być powinno. Nie wiadomo właściwie kiedy miasto było takie jak być powinno, Mikołaj stwierdza: „W tamtych czasach miasto było szare, zaniedbane, ale pozostało sobą”, mówiąc o czasach komunizmu. Z powieści wyłania się obraz miasta, które nigdy nie było i nie będzie sobą, miasta którego ducha autorce nie udało się uchwycić w zdecydowany sposób. Być może duch Lwowa umarł, być może się jeszcze nie narodził, albo wyjechał z tymi, którzy musieli opuścić to miasto. Istnieje też możliwość że Żanna Słoniowska pisała z głębi serca, ale pisała na tyle osobiście, że przefiltrowane literacko wspomnienia brzmią nie do końca szczerze i nie wiedziałem gdzie mieści się ten prawdziwy Lwów.
Nie umniejsza to przyjemności z czytania, choć chciałoby się głębiej zanurzyć w miasto, jeszcze głębiej niż Mikołaj może nas poprowadzić podczas nocnych spacerów. Taki jaki czytamy w książce obraz Lwowa daje pewien posmak i rozbudza apetyt na więcej.
Kompozycję powieści, która moim zdaniem jest niedomknięta w sposób nieprzyjemny dla czytelnika, dodatkowo burzy ostatni rozdział, który autorka dopisała po wydarzeniach na Majdanie. Nie potrafię go powiązać z opowiadaną historią i wydaje się napisany na siłę.
Jeśli chcecie rozpocząć przygodę z pięknym Lwowem – sięgnijcie po tę książkę. Nie oczekujcie mistrzowskiej prozy, ale dajcie się prowadzić ulicami tego miasta.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Hells Bells

Nowy post, specjalnie dla R. który nocą czyta co napisałem i próbuje się nie śmiać z jednych wpisów, a zastanawiać nad innymi. Nie znajdzie dla siebie wielu ciekawych rzeczy, a wiele go zirytuje albo zniechęci. Nie piszę o polityce, która go interesuje, nie piszę wiele o teologii, bo niektóre sprawy zachowuję dla siebie, albo nie chcę powtarzać tego co jest powszechnie (moim zdaniem) wiadome.

Przeczytałem w ten weekend dwie książki: „Kot Bob i ja” oraz „Piątą Falę”, polecam na weekend. Czyta się je błyskawicznie, a miła historia (pierwszej) i gładki język (drugiej) sprawiają czystą przyjemność. Nie jest to przyjemność czytania Faulknera albo Heideggera, ale zwykła, prosta przyjemność, jak jedzenie chleba ze smalcem kiedy jest się głodnym. Mogę zapewnić, ze rozrywka jest przednia (przy drugiej), a jeśli ktoś lubi proste a wzruszające historie to (pierwsza) jest to coś dla niego. Obu książek nie trzeba reklamować, bo to bestsellery. Na podstawie jednej nakręcą film, a druga jest oparta na faktach. Bardzo nie lubię opartych na faktach książek, ale ostatnio coś mi się odmieniło, bo przeczytałem również „Marzenie Celta” i także czytało się gładko, a przy tym chwytało za gardło. A ponieważ w pracy miałem wtedy do czynienia z osobami wspominającymi mordy na Ukrainie w latach 40. więc obraz ludzkości rysował się beznadziejnie.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz