Nutshell

Świat jest dla mnie za duży, odległości są zbyt wielkie, ludzie za bardzo porozrzucani. Przyzwyczaiłem się w dzieciństwie, że granice świata pokrywają się z granicami mojej części miasteczka, a wszystko co było poza granicami było innym światem, obcym jak odległa planeta, niezrozumiałym i pełnym dziwnych ludzi, którzy zachowywali się inaczej niż każdy kogo znałem. Do mojego świata należało zaledwie kilka ulic i kawałek pola, potem droga do szkoły, która była nitką łączącą mnie ze światem nauki, wcześniej nitka prowadząca do kościoła, do babci, ale były to małe wysepki na których się zadomowiłem, nie większe od budynku i otaczających go podwórek. Każdy, kto był dla mnie ważny mieszkał tuż obok, jeśli jakiś kolega ze szkoły albo koleżanka w której się akurat zadurzyłem mówili o tym co robią po szkole musiałem sobie ich wyobrazić w znanym mi środowisku, więc umieszczałem ich zbiorowo tuż za granicą, jakby mieszkających w jednym budynku na jednej ulicy. Taki świat mi wystarczał i nie byłem ciekawy rozległości, jakie mnie już wkrótce czekały, co więcej czasem się ich bałem, bo przeczuwałem że zagubię się w nich i w tłumie nie rozpoznam żadnej znajomej twarzy, a ten tłum będzie się zachowywał zupełnie inaczej niż sąsiedzi mijani po drodze do szkoły.
Ten świat jest za duży dla mnie i prawdę mówiąc nie wiem czy to uczucie nie pogłębia się dzięki wielogodzinnym podróżom PKP, w czasie których mógłbym z powodzeniem dotrzeć co najmniej do Nowego Jorku, a nie zaledwie do Warszawy. Znajomi także rozpierzchli się na wszystkie strony tego świata, tak jakby rozrzucił ich jakiś wybuch, byle dalej od epicentrum, od miasteczka naszego dzieciństwa. Ja nie potrzebuję takich przestrzeni, wystarczy mi że to co mam w zasięgu ramion nie przytłacza mnie i mogę swobodnie oddychać. Wiem, że istnieją piękne miejsca na świecie, o których od czasu do czasu marzę i które chcę odwiedzić, ale wiem że nigdy nie poznam ich tak dobrze jak bym tego chciał. A chciałbym chodząc po lesie rozpoznawać każde drzewo, pamiętać odpoczynek na każdym kamieniu, przy każdym potoku, wiedzieć gdzie jest przyjemna trawa aby odpocząć chwilę, a gdzie owady nie dają spokoju, gdzie po deszczu tworzą się błotniste kałuże, a gdzie można przejść suchą stopą i oglądać najlepsze zachody i wschody Słońca. Nigdy nie poznam tak dokładnie lewobrzeżnego Paryża, ani nawet tej dzielnicy w której mieszkał Hemingway, nie wzbiję kurzu w taki sposób jak to robił Joyce idąc w upalny dzień przez Dublin ani nie rozbiję namiotu w pewnym specjalnym miejscu pod Górami Księżycowymi. Ogarnia mnie niechęć jeśli mam coś poznawać niedokładnie i czuję się jakbym zwiedzał muzeum w szybkim tempie podążając za głosem przewodnika, a tak naprawdę niczego nie widząc. Nie chcę też poznawać ludzi, których nie będę mógł poznać, zwierząt których nie będę mógł udomowić i nie chcę mieszkać w przypadkowych miejscach gdzie nie będę mógł sprawić że każdy centymetr powietrza przesiąknie moim zapachem.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s