Rosssja

Anna Wojtacha

Rzadko się zdarza, że to co obiecuje opis książki na ostatniej stronie okładki, znajdziemy w treści. To jest ten przypadek. „Anna Wojtacha szuka ludzi w sytuacji ekstremalnej”. Szuka, ciągnie ją do nich i zapisuje ich historie. To nie jest książka-reportaż, to jest zapis spotkań z ludźmi w Rosji, a nie są to wyłącznie Rosjanie. Czytając te zapisy nie poznamy bliżej Rosji, ale może uda nam się trochę lepiej poznać Rosjan. „Zabijemy albo pokochamy” to książka, którą się świetnie czyta. Jest napisana potoczystym językiem i bez zbędnego – w przypadku reportaży i nie tylko – filozofowania i prób budowania wielkich narracji na temat napotkanych osób. Pojawiają się co prawda, nawet w ustach samych Rosjan, pojedyncze próby wyjaśnienia takiego czy innego postępowania, między innymi takie słowa posłużyły za tytuł całej książce, ale (na szczęście moim zdaniem) nie ma próby sztucznego podsumowania wszystkich obserwacji autorki. Jedyne co może drażnić i co powoduje pewien dyskomfort u czytelnika to niekiedy nachalne próby naprawiania przez autorkę sytuacji napotkanych osób. Jest to bardzo dalekie od klasycznego reportażu, ale jednocześnie nadaje całości książki pewnej bliskości i powieściowości. Po przeczytaniu całości doszedłem do wniosku, że wcale mi to nie przeszkadza.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Dom z witrażem

Żanna Słoniowska wie o czym pisze. Pisze o mieście sobie bliskim i bliskim także na pewno części Polaków. Nie dlatego, żeby wielu zostało pamiętających czasy polskiego Lwowa, ale dlatego, że sentyment za Kresami wciąż jest bardzo żywy i pamięć o nich jest przekazywana kolejnym pokoleniom. Młodzi ludzie nie planują zapewne odzyskiwania tego miasta dla Polski, ale chcą znaleźć jego ducha jadąc na Ukrainę. Znaleźć ducha wieloetnicznego miejsca na skraju Europy, które jednocześnie mogło być uważane za w pełni europejskie miasto mimo oddalenia od Paryża czy Rzymu.
Kiedy zamknąłem książkę po przeczytaniu ostatniej strony czułem się trochę oszukany. Trochę, bo obiecano mi coś czego autorce nie udało się zrealizować. Czy to chęć zachowania niewielkiej objętości tekstu, czy takie założenie stylistyczne, tego nie wiem, ale wiem, że książka powinna być co najmniej dwa razy dłuższa. Powieść pozostawia niedosyt jeśli chodzi o opis miasta i społeczności Lwowa, tak jak pozostawia niedosyt jeśli chodzi o same główne bohaterki. Przedstawicielki czterech pokoleń, bynajmniej nie jednego narodu, mieszkające pod jednym dachem w kamienicy z witrażem. Połączone dziwnymi więzami z miastem, z historią i z własnym przeznaczeniem. Jedne spełnione, inne nie, wszystkie pełne żalu i smutku, każda żyjąca w epoce, w której coś jest nie takie jakie być powinno. Nie wiadomo właściwie kiedy miasto było takie jak być powinno, Mikołaj stwierdza: „W tamtych czasach miasto było szare, zaniedbane, ale pozostało sobą”, mówiąc o czasach komunizmu. Z powieści wyłania się obraz miasta, które nigdy nie było i nie będzie sobą, miasta którego ducha autorce nie udało się uchwycić w zdecydowany sposób. Być może duch Lwowa umarł, być może się jeszcze nie narodził, albo wyjechał z tymi, którzy musieli opuścić to miasto. Istnieje też możliwość że Żanna Słoniowska pisała z głębi serca, ale pisała na tyle osobiście, że przefiltrowane literacko wspomnienia brzmią nie do końca szczerze i nie wiedziałem gdzie mieści się ten prawdziwy Lwów.
Nie umniejsza to przyjemności z czytania, choć chciałoby się głębiej zanurzyć w miasto, jeszcze głębiej niż Mikołaj może nas poprowadzić podczas nocnych spacerów. Taki jaki czytamy w książce obraz Lwowa daje pewien posmak i rozbudza apetyt na więcej.
Kompozycję powieści, która moim zdaniem jest niedomknięta w sposób nieprzyjemny dla czytelnika, dodatkowo burzy ostatni rozdział, który autorka dopisała po wydarzeniach na Majdanie. Nie potrafię go powiązać z opowiadaną historią i wydaje się napisany na siłę.
Jeśli chcecie rozpocząć przygodę z pięknym Lwowem – sięgnijcie po tę książkę. Nie oczekujcie mistrzowskiej prozy, ale dajcie się prowadzić ulicami tego miasta.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Hells Bells

Nowy post, specjalnie dla R. który nocą czyta co napisałem i próbuje się nie śmiać z jednych wpisów, a zastanawiać nad innymi. Nie znajdzie dla siebie wielu ciekawych rzeczy, a wiele go zirytuje albo zniechęci. Nie piszę o polityce, która go interesuje, nie piszę wiele o teologii, bo niektóre sprawy zachowuję dla siebie, albo nie chcę powtarzać tego co jest powszechnie (moim zdaniem) wiadome.

Przeczytałem w ten weekend dwie książki: „Kot Bob i ja” oraz „Piątą Falę”. Czyta się je błyskawicznie, a miła historia (pierwszej) i gładki język (drugiej) sprawiają czystą przyjemność. Nie jest to przyjemność czytania Faulknera albo Heideggera, ale zwykła, prosta przyjemność, jak jedzenie chleba ze smalcem kiedy jest się głodnym. Mogę zapewnić, ze rozrywka jest przednia (przy drugiej), a jeśli ktoś lubi proste a wzruszające historie to (pierwsza) będzie dla niego odpowiednia. Obu książek nie trzeba reklamować, bo to bestsellery. Na podstawie jednej nakręcą film, a druga jest oparta na faktach. Bardzo nie lubię opartych na faktach książek, ale ostatnio coś mi się odmieniło, bo przeczytałem również „Marzenie Celta” i także czytało się gładko, a przy tym chwytało za gardło. A ponieważ w pracy miałem wtedy do czynienia z osobami wspominającymi mordy na Ukrainie w latach 40. więc obraz ludzkości przez jakiś czas rysował mi się beznadziejnie.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

All songs of love

Jestem zepsutym romantykiem. Zepsutym bo uwielbiam drobiazgi i zastępują mi one rzeczy ważne i duże. Wystarczy mi uśmiech J., szum kropel wiosennej burzy, cień rzucony przez dłoń w czasie wschodu słońca, śpiew nieznanego ptaka, żaby nad stawem, pasma mgły oplatające kwitnące drzewa. Czy to nie objaw zepsucia? A gdzie sprawy poważne? Gdzie istota życia? Może wystarczą mi namiastki? A może nie lubię być przytłoczony, może widzę te drobne, delikatne rzeczy jako znaki tych większych?
Nie lubię hałasu dużych spraw.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Me, myself and I

Znacie to uczucie, kiedy jak śrubokręt w sercu, pragnienie wyjścia poza siebie, poza własne możliwości, wykręca duszę i sprawia ból nie do zniesienia. Był czas, kiedy nie widziałem żadnego innego ograniczenia w sobie, poza własnym lenistwem i powoli godziłem się z takim ograniczeniem, cały czas mając świadomość nieskończonych możliwości. To było przyjemne, bo zwalczywszy lenistwo mogłem zrobić co tylko chciałem. Oczywiście to było złudzenie, ale czym różni się od prawdy, skoro w to wierzyłem? Różni się tym, że złudzenia rozwiewają się jak mgła w słoneczny dzień, a to co prawdziwe pozostaje. Prawda okazała się niełatwa do przyjęcia. Oto chcę dla kogoś wyjść poza to co potrafię, dać największe możliwe dla mnie piękno, najlepsze co mam w sobie i wygląda na to że nie jest tego dużo. Człowiek chciał dać nieopisane szczęście, a może dać ledwie siebie i choć się wytęża, to widzi zmarnowane lata, kiedy mógł pracować nad sobą. Czuję się jak starzec pouczający młodzieńca, ale chętnie powiedziałbym sobie sprzed wielu lat: to co sobie wyobrażasz o sobie to marzenia, można do nich sięgnąć, ale nie jedynie myśląc o nich intensywnie, lecz intensywnie nad nimi pracując. Mam niewiele siebie i choćbym nie wiem jak się nadął i naprężył jest to kupka pyłu i garść piasku, a w zamyśle były pałace kryształowe i sława wiekopomna. I jak tu dzielić się sobą, kiedy w sobie nic?

 

PS. Ten wpis był sponsorowany przez słówko „ja” we współpracy z „sobie” i „siebie”.

PS2. Po takim wpisie i opróżnieniu się z własnego ja, jest dużo luźniej w środku i miejsce na inne ciekawsze rzeczy.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Desire

Małość, głupota, żądza władzy, chęć kontroli, chęć pokazania siebie, chęć umniejszenia innych, nienasycenie, pragnienie stania o stopień wyżej niż się właśnie stoi, pazerność i jeszcze więcej chęci. W książce tego nie zobaczyłem, zobaczyłem to w sobie. Kiedy czytałem „Pałac” Myśliwskiego widziałem te cechy jak na dłoni: realność jednych i potencjalność innych. I ja mogę być taki, że mam wszystko, a nie mam nic, i ja chcę więcej, a to więcej to tylko pył i pustka. Bo nie tego „więcej” czego powinienem chcę, a tego „więcej” co wydaje mi się, że nasyci mój apetyt i przyniesie szczęście. I tak przez całą książkę, aż do przesytu. I myśli same się nasuwają, żeby było mniej, że już dosyć, że nie chcę więcej, bo to zasłania sens, że kiedy ma się niewiele, mało, to lepiej. A najlepiej nie mieć nic, bo przesytu się nie osiągnie, osiągnie się tylko tyle, że będzie się chciało więcej. Nie mam władzy? No to chcę ją mieć. A kiedy mam, to wydaje się za mała, taka ograniczona. A Jakub w książce nie miał nic i zobaczył jak to jest mieć pałac i w pałacu wszystkie dobro świata. I nie wystarczyło, bo w bogactwie, w domniemanej wolności nie było prawdziwego szczęścia i radości. O tym człowiek przecież wie od najmłodszych lat, bo o tym w bajkach się uczy, ale nikt tego nie pamięta, nie chce pamiętać, bo wszystko wokół nam mówi, że im więcej tym lepiej. I wtedy nie chce pamiętać, że nie ma być lepiej, ma być radośniej i szczęśliwiej. Choćby przy pilnowaniu owiec.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Madness

Intuicja. Nie wolno dzielić włosa na czworo. Intuicja podpowiada mi fantastyczne na pierwszy rzut oka pomysły, a potem zaczynam je dzielić na czworo jak ten włos i ostatecznie wychodzi na to, że pomysł był koszmarny. Fatalnie można się poczuć kiedy pomysł jest niemal w końcowym etapie realizacji i przychodzi rozsądek i puka do drzwi, a za drzwiami to co w świetle świecy wydawało się na przykład wyjątkowo błyskotliwe, romantyczne, niespodziewane, radosne, okazuje się – gdy opromienione jest zdrowym rozsądkiem – miałkie, zwyczajne, nudne, kłopotliwe, itd. Prezent, który wydawał się wspaniały, okazuje się nieprzydatny dla obdarowanego, a co gorsza zdajemy sobie z tego sprawę już w chwili wręczania, albo sekundę wcześniej. Niespodzianka okazuje się być zbyt niespodziewana i zamiast być miłym zaskoczeniem okazuje się niepotrzebnym kłopotem. Projekt, który miał być fantastyczny pod koniec realizacji okazuje się być niewypałem i wypadałoby go dokończyć jedynie z poczucia przyzwoitości i żeby oszukać samego siebie, że nie zmarnowało się tyle czasu bez efektu.

Co robić? Dalej ufać intuicji. Nie mam wyboru. Tyle razy wskazała mi właściwą drogę. Ta książka zaczyna się jak największa nuda, ale coś mi mówi, że się rozkręci: Ulisses, Pod wulkanem, Imię róży, Na zachodzie bez zmian. Ten film jest fatalny, ale intuicja mówi: obejrzyj do końca; ta ścieżka prowadzi w pokrzywy (głos rozsądku), a intuicja podpowiada: prowadzi w fantastyczne miejsca (jak się okazuje jedno drugiego nie wyklucza, choć pokrzywy zwykle są). Ta dziewczyna ma trudny charakter i chyba cię nie lubi – to rozsądek – a intuicja: i żyli razem długo i szczęśliwie aż po kres swoich dni. Nie mogę jej nie ufać, bo choć zawodziła mnie setki razy, to była tą siłą, dzięki której robiłem rzeczy niespodziewane dla siebie samego. To nic że sto razy przegram, że dziesięć razy dam nietrafiony prezent, że tysiąc razy powiem głupotę, że pobłądzę, że się zgubię, że stracę, wynagrodzony jestem tymi perłami, na które trafiam, a te wyrównują straty z nawiązką.

W gruncie rzeczy jestem rozsądny, staram się być. Intuicji ufam za rzadko i marnuję okazje na dobre słowo, na uśmiech, na spotkanie, bo intuicja podpowiada mi, że mam się zaprzeć samego siebie, że mam wyjść z kokonu leniwca, zejść z hamaka, wstać z fotela i ruszyć za próg. A komu by się chciało po zjedzeniu takiej masy smakołyków na Święta?

To już nie intuicja, to Mały Dzieciak, który dziś się urodził, proponuje mi: „zaufaj, bo to co czasem wydaje ci się intuicją, to po prostu mój głos, bo jestem niecierpliwy i nie mogę się doczekać aż wyjdziesz mi na spotkanie, aż zrobisz coś dobrego, coś szalonego, coś czego będziesz żałował przez pięć lat, ale cieszył się tym w wieczności”. I jak tu nie skorzystać z tego zaproszenia?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz